Aktualności



06.06.2008

Klasa Ib w Rzymie!

...a dokładnie w Taborach Rzymie.

Po opóźnionym starcie (problemy z autokarem) klasa Ib ruszyła na zieloną szkołę. Trzy dni (04-06.06.08 r.) mięliśmy spędzić w malowniczo położonej kurpiowskiej wiosce.

Przemili gospodarze: pani Małgosia i pan Marek przyjęli nas niezwykle serdecznie. Po pysznym obiedzie zwiedziliśmy gospodarstwo. Były tam konie huculskie, króliki, kozy, owce, świnka wietnamska (Balbina), kury, gęsi , kaczki, pięć psów, kilka kotów, a nawet akwariowe rybki!

Pan Marek pokazał nam jak należy opiekować się zwierzętami i jak obchodzić się z końmi. Jeszcze tego samego dnia przyprowadziliśmy dwa hucuły z pastwiska, by pod czujnym okiem naszego gospodarza przygotować je do jazdy (założyliśmy uprząż, wyczyściliśmy kopyta, pomogliśmy zaprząc konie do bryczki). A potem była szalona jazda- raz na wozie (wszyscy), raz za wozem - na nogach (to ci, którzy ścigali się z naszymi hucułami), raz za wozem - leżąc (to p. Kasia, która "sfrunęła" z bryczki w trakcie jazdy). Po powrocie z przejażdżki, jak prawdziwi gospodarze, oporządziliśmy konie i odprowadziliśmy je na pastwisko.

Po kolacji pani Małgosia pokazała nam jak robi się ser z koziego mleka. Nazajutrz jedliśmy go na śniadanie – był pyszny!

W czwartek wstaliśmy wcześnie rano, by nakarmić zwierzęta. Okazało się, że królica urodziła małe, ślepe króliczki. Musieliśmy ją napoić, by nie zjadła swoich maleństw. Potem wyprowadzaliśmy na pastwiska konie oraz kozy i owce. Nie było to proste, bo nasze podopieczne (kozy) były bardzo uparte. Każdy "adoptował" jedną kozę i przez resztę pobytu poczuwał się do opieki nad nią: karmił, głaskał, poił, bronił przed "rozbrykanymi" psami.

Po śniadaniu napisaliśmy listy do rodziców, a potem nadszedł czas jazdy konnej. Przygotowaliśmy Huragana do jazdy. Pan Marek prowadził konia na ląży i zachęcał nas do wykonywania różnych ewolucji na końskim grzbiecie (najbardziej podobała się jazda "na martwego Indianina"). W tym czasie pozostali, oczekujący na swoją kolej, zajmowali się dokarmianiem i pojeniem swoich kóz oraz odganianiem młodej suczki Zuzy, płoszącej owce. Mieliśmy też czas na zabawę i grę w zbijaka.

Wieczorem zebraliśmy chrust na ognisko. Potem piekliśmy kiełbaski, bawiliśmy się na placu zabaw, a chętni uczyli się doić kozy (szło im świetnie!). Na śniadanie mieliśmy pyszne mleko kozie z płatkami.

Po ognisku wzięliśmy się za robienie chleba. Wsypaliśmy mąkę do ogromnej misy, rozdrabnialiśmy drożdże i dodaliśmy zaczyn. Ciasto miało rosnąc przez całą noc. Rano, po wypędzeniu kóz na pastwisko, napojeniu koni i nakarmieniu królików wzięliśmy się za wyrabianie ciasta na chleb. Wszyscy dzielnie pracowali, choć "boksowanie" masy to ciężka robota, wymagająca siły i wytrwałości. Tak wyrobione ciasto zmniejszone o tą część, która oblepiała nasze ręce (a czasem głowy, nogi i brzuchy) powędrowało do pieca. Gdy wyjeżdżaliśmy chleb był już gotowy. Autokar pachniał przez całą drogę powrotną, niczym piekarnia, toteż trzeba było bronić bochenki przed wszędobylskimi łapkami łasuchów.

Do Warszawy wróciliśmy zmęczeni, ale szczęśliwi i pełni wrażeń. Nasz pobyt na zielonej szkole był bardzo udany!

powrót